Modlitwa Ojcze Nasz
Są modlitwy, które znamy tak dobrze, że czasem przestajemy słyszeć ich słowa. Wypowiadamy je z pamięci, podczas Mszy Świętej, różańca, nabożeństwa czy wieczornej modlitwy, a jednak zdarza się, że nasze usta mówią jedno, podczas gdy myślami jesteśmy zupełnie gdzie indziej. Jedną z takich modlitw jest bez wątpienia "Ojcze nasz". Jest obecna w życiu chrześcijanina niemal od początku jego drogi wiary. Odmawiamy ją jako dzieci i powtarzamy jako dorośli. Znamy ją na pamięć, ale być może nie zawsze zastanawiamy się nad tym, jak niezwykłe rzeczy wypowiadamy. Tymczasem "Ojcze nasz" nie jest zwyczajnym zbiorem próśb skierowanych do Boga. Jest modlitwą, której nauczył nas sam Jezus. Jest więc czymś więcej niż pięknym tekstem religijnym. Jest drogą, którą Jezus prowadzi człowieka do Ojca. Każde jej wezwanie dotyka jakiejś ważnej prawdy o Bogu, ale jednocześnie dotyka również prawdy o nas samych.
Ojcze nasz, któryś jest w niebie,
święć się imię Twoje,
przyjdź Królestwo Twoje,
bądź wola Twoja,
jako w niebie tak i na ziemi.
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj,
i odpuść nam nasze winy,
jako i my odpuszczamy naszym winowajcom,
i nie wódź nas na pokuszenie,
ale nas zbaw ode złego.
Amen

Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów».
A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie».
Ewangelista Łukasz rozpoczyna ten fragment od bardzo prostego zdania: Jezus "przebywając w jakimś miejscu, modlił się". Dopiero kiedy skończył, jeden z uczniów zwrócił się do Niego z prośbą: "Panie, naucz nas się modlić, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów". To zdanie ucznia można potraktować jako jedną z najpiękniejszych próśb, jakie człowiek może skierować do Jezusa. Uczniowie nie proszą Go o większą wiedzę ani o to, aby nauczył ich kolejnych rzeczy. Nie proszą nawet o władzę czy niezwykłe zdolności. Widząc Jezusa na modlitwie, pragną nauczyć się tego, co było źródłem Jego wewnętrznej siły.
Być może właśnie to powinno być również naszym pierwszym pytaniem: czy ja naprawdę umiem się modlić?
Możemy znać wiele modlitw i mimo tego nie umieć spotkać się z Bogiem. Możemy wypowiadać setki słów, a jednocześnie nie powiedzieć Bogu niczego z własnego serca. Możemy modlić się długo, ale traktować modlitwę jedynie jako obowiązek, który trzeba wypełnić. Możemy również modlić się tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebujemy, jakby Bóg był kimś w rodzaju ostatniej deski ratunku. Tymczasem Jezus pokazuje uczniom zupełnie inną drogę.
Jezus mógł rozpocząć Modlitwę Pańską od słów dotyczących naszych potrzeb. Mógł powiedzieć: "Proście o zdrowie, o chleb, o bezpieczeństwo, o przebaczenie". On jednak zaczyna od jednego słowa: "Ojcze". To nie jest przypadek. Zanim człowiek zacznie mówić Bogu o swoich problemach, Jezus przypomina mu, kim jest Ten, do którego się zwraca. Nie zwracamy się do bezosobowej siły, do odległego Boga, którego nic nie obchodzą nasze sprawy. Zwracamy się do Ojca. To słowo jest fundamentem całej modlitwy. Jeśli naprawdę wierzę, że Bóg jest Ojcem, zmienia się również sposób, w jaki przeżywam swoje trudności. Nie oznacza to, że wszystkie problemy znikają. Oznacza jednak, że nie muszę już przeżywać ich samotnie. Dziecko nie zawsze rozumie decyzje ojca. Nie zawsze wie, dlaczego ojciec czegoś zabrania albo dlaczego nie pozwala mu zrobić tego, na co ma ochotę. Może nawet być przekonane, że rodzic się myli. A jednak prawdziwa relacja opiera się na zaufaniu. Podobnie jest z Bogiem. Czasami nie rozumiemy Jego działania. Czasami prosimy o coś bardzo długo i nie otrzymujemy odpowiedzi, której oczekujemy. Czasami drzwi, które chcieliśmy otworzyć, pozostają zamknięte. Wtedy wiara staje się czymś więcej niż przekonaniem, że Bóg istnieje. Staje się decyzją: "Nie rozumiem, ale wiem, że jestem w rękach Ojca".
Warto więc zapytać siebie, czy słowo "Ojcze" jest dla nas rzeczywistością, czy tylko początkiem modlitwy, którą znamy na pamięć.
Jezus nie uczy nas mówić: "Ojcze mój", ale "Ojcze nasz". To jedno słowo ma ogromne znaczenie. Chrześcijanin nigdy nie jest człowiekiem, który ma Boga wyłącznie dla siebie. Kiedy staję przed Bogiem, staję przed Nim razem z innymi ludźmi. Także z tymi, których lubię, ale również z tymi, z którymi jest mi trudno. Nie mogę więc mówić "Ojcze nasz", a jednocześnie uważać, że drugi człowiek nie zasługuje na miłość, szacunek czy przebaczenie. Nie mogę prosić Boga o dobro dla siebie i jednocześnie życzyć drugiemu człowiekowi nieszczęścia. To właśnie dlatego modlitwa "Ojcze nasz" jest znacznie bardziej wymagająca, niż mogłoby się wydawać. Ona nie pozwala nam zamknąć się w świecie własnych potrzeb. Przypomina, że obok mnie żyją inni ludzie, którzy również są dziećmi Boga.
Kiedy prosimy, aby święciło się imię Boga, nie oznacza to, że możemy uczynić Boga bardziej świętym. On jest święty niezależnie od tego, co człowiek o Nim myśli. Ta prośba dotyczy przede wszystkim tego, aby Boża obecność była coraz bardziej widoczna w świecie. I tutaj pojawia się pytanie bardzo osobiste: czy moje życie pomaga innym zobaczyć Boga? Nie chodzi o wielkie deklaracje wiary. Czasami więcej o chrześcijaństwie mówi cierpliwość człowieka niż jego słowa. Więcej mówi sposób, w jaki traktuje starszych rodziców, niż jego religijne deklaracje. Więcej mówi sposób, w jaki zachowuje się wobec człowieka słabszego, niż liczba odmówionych modlitw. Można bowiem dużo mówić o Bogu, a swoim życiem Go zasłaniać. Można też niewiele mówić, ale swoją dobrocią, uczciwością i przebaczeniem sprawić, że ktoś zacznie pytać: "Skąd ten człowiek ma w sobie tyle pokoju?" Może właśnie o to chodzi w prośbie: "Święć się imię Twoje".
Królestwo Boże zaczyna się tam, gdzie człowiek pozwala Bogu wejść w swoje życie. To nie jest jedynie modlitwa o przyszłość i życie wieczne. To również prośba o to, aby Bóg królował w mojej codzienności już teraz. W moich decyzjach. W moich relacjach. W sposobie, w jaki zarabiam pieniądze. W tym, jak traktuję współmałżonka, dzieci, sąsiada czy współpracownika. W tym, jak zachowuję się wtedy, kiedy nikt mnie nie widzi. Można bowiem chodzić do kościoła, modlić się i jednocześnie nie pozwalać Bogu mieć nic do powiedzenia w najważniejszych sprawach własnego życia. Dlatego "Przyjdź Królestwo Twoje" jest również pytaniem: czy rzeczywiście chcę, aby Bóg był Królem mojego życia, czy tylko chcę, żeby pomagał mi realizować moje plany? To ogromna różnica.
Być może właśnie te słowa są dla człowieka najtrudniejsze. Łatwo jest modlić się: "Boże, daj mi to, czego potrzebuję". Znacznie trudniej powiedzieć: "Boże, niech będzie tak, jak Ty chcesz". Zwłaszcza wtedy, kiedy nie rozumiemy, dlaczego coś się wydarza. Człowiek często przychodzi do Boga z gotowym scenariuszem. Wie, jak powinna wyglądać odpowiedź. Wie, co Bóg powinien zrobić. Wie, kiedy powinien to zrobić. A kiedy odpowiedź jest inna, pojawia się rozczarowanie. Może więc czasami nie potrzebujemy modlić się bardziej wytrwale o to, aby Bóg zrobił to, czego chcemy. Może potrzebujemy modlić się o łaskę, abyśmy potrafili przyjąć to, czego jeszcze nie rozumiemy. "Bądź wola Twoja" nie oznacza rezygnacji z marzeń. Oznacza oddanie ich Bogu. To modlitwa człowieka, który mówi: "Boże, mam swoje pragnienia, ale ufam Ci bardziej niż własnym wyobrażeniom o tym, co jest dla mnie dobre".
To jedno z najbardziej praktycznych wezwań całej modlitwy. Jezus nie mówi: "Daj nam zapas na całe życie". Mówi: "daj nam dzisiaj". Człowiek ma bowiem niezwykłą zdolność do przeżywania jutra już dzisiaj. Martwimy się o rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły. Tworzymy w głowie scenariusze przyszłych problemów i cierpimy z powodu sytuacji, których być może nigdy nie będzie. Tymczasem łaska Boga jest zawsze związana z konkretnym dniem. Może dzisiaj nie potrzebujesz siły na całe życie. Potrzebujesz siły na tę jedną rozmowę. Może nie potrzebujesz odpowiedzi na wszystkie pytania. Potrzebujesz światła na jedną decyzję. Może nie potrzebujesz wiedzieć, co wydarzy się za pięć lat. Potrzebujesz zaufać Bogu dzisiaj. Dlatego "chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj" jest także modlitwą przeciwko lękowi. Boże, daj mi to, czego potrzebuję na dzisiaj, a jutro znów przyjdę do Ciebie.
W tym miejscu modlitwa staje się szczególnie wymagająca, ponieważ Jezus łączy Boże przebaczenie z naszym przebaczeniem. Każdy z nas chce być człowiekiem, któremu Bóg przebacza. Znacznie trudniej jest być człowiekiem, który przebacza innym. Są bowiem rany, których nie da się wymazać jednym słowem. Są słowa, których długo nie możemy zapomnieć. Są ludzie, którzy bardzo nas skrzywdzili. Przebaczenie nie oznacza, że mamy powiedzieć: "Nic się nie stało". Stało się. Krzywda była prawdziwa. Przebaczenie oznacza jednak, że nie chcę, aby to, co ktoś zrobił mi w przeszłości, nadal decydowało o moim sercu i całym moim życiu. Czasem przebaczenie jest procesem. Czasem trzeba o nie prosić Boga wiele razy. Może dlatego warto czasem podczas "Ojcze nasz" zatrzymać się właśnie przy tych słowach i zapytać: "Boże, komu najbardziej potrzebuję dzisiaj przebaczyć?"
Jezus nie każe nam udowadniać, że jesteśmy niezniszczalni. Przeciwnie. Uczy nas uznać własną słabość. Pokusą może być oczywiście coś, co prowadzi bezpośrednio do grzechu, ale może nią być również coś znacznie bardziej subtelnego: pokusa zniechęcenia, zemsty, pychy, pogardy, obojętności czy przekonania, że sami wiemy najlepiej. Czasami człowiek przegrywa nie dlatego, że chciał zrobić coś złego, ale dlatego, że zbyt długo był przekonany, że sam sobie poradzi. Dlatego modlitwa: "Nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie" jest modlitwą pokornego człowieka. Jest powiedzeniem: "Boże, znam swoją słabość. Wiem, że nie zawsze wystarczy mi własnych sił. Dlatego proszę Cię, bądź przy mnie, zanim upadnę".
Na końcu Modlitwy Pańskiej pojawia się prośba o wybawienie od zła. To ważne, ponieważ chrześcijanin nie jest człowiekiem, który uważa, że świat jest doskonały. Widzi cierpienie, niesprawiedliwość, choroby, samotność, śmierć i ludzkie grzechy. Ale jednocześnie nie pozwala, aby zło było ostatnim słowem. Ostatnie słowo należy do Boga. Dlatego kończymy modlitwę nie rozpaczą, ale zawierzeniem. Boże, nie wszystko rozumiem. Nie wszystko potrafię naprawić. Nie przed wszystkim potrafię się obronić. Ale wierzę, że Ty jesteś większy od mojego lęku, większy od mojego grzechu i większy od zła, którego doświadczam.
Uczniowie powiedzieli: "Panie, naucz nas się modlić". To prośba, którą warto powtarzać przez całe życie. Bo można znać "Ojcze nasz" na pamięć i wciąż uczyć się, co oznacza powiedzieć "Ojcze". Można przez lata wypowiadać "bądź wola Twoja" i dopiero po wielu doświadczeniach nauczyć się naprawdę ufać. Można wielokrotnie mówić "odpuść nam nasze winy" i wciąż odkrywać, jak trudno jest przebaczać. Można prosić o "chleb powszedni" i dopiero z czasem zrozumieć, że największym darem nie zawsze jest to, co otrzymujemy, ale zaufanie, z którym przyjmujemy każdy kolejny dzień. "Ojcze nasz" nie jest więc modlitwą, którą mamy tylko wypowiadać. Jest modlitwą, która chce przemieniać człowieka. Uczy nas, że Bóg nie jest odległym obserwatorem naszego życia, ale Ojcem, do którego możemy przyjść z każdym ciężarem. Uczy nas, że wiara nie polega na tym, że zawsze rozumiemy Boże drogi, ale że potrafimy nimi iść nawet wtedy, gdy nie widzimy jeszcze celu. Uczy nas również, że nie można oddzielić modlitwy od życia: jeśli proszę o przebaczenie, sam powinienem uczyć się przebaczać; jeśli proszę o Boże Królestwo, powinienem pozwalać, aby zaczynało się ono ode mnie; jeśli proszę o chleb dla siebie, powinienem zauważać człowieka, któremu tego chleba brakuje. Być może dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi:
"Czy znam modlitwę Ojcze nasz?"
Przecież większość z nas zna ją doskonale.
Znacznie ważniejsze jest pytanie: "Czy moje życie coraz bardziej przypomina to, o co codziennie modlę się słowami Jezusa?"
Czy naprawdę ufam Ojcu?
Czy pozwalam Bogu królować w moim życiu?
Czy potrafię powiedzieć "bądź wola Twoja", także wtedy, gdy jest inaczej, niż sobie wymarzyłem?
Czy umiem żyć dniem dzisiejszym i nie pozwalam, aby lęk o jutro zabierał mi dzisiejszy pokój?
Czy potrafię przebaczać?
I czy w chwilach słabości umiem powiedzieć:
"Panie, sam nie dam rady. Naucz mnie, prowadź mnie i nie pozwól mi odejść od Ciebie"?
Może właśnie wtedy "Ojcze nasz" przestaje być tylko modlitwą, którą znamy od dziecka, a staje się modlitwą, według której naprawdę zaczynamy żyć.